Ciekawe, czy prowadzenie tego bloga mi się uda, czy kolejny zginie w otchłani internetu... Dobra, nie ważne. Bardziej ciekawi mnie, czy komukolwiek będzie się chciało czytać te moje przemyślenia oraz niedoszłe filozofie. Zobaczymy, może kogoś to zainteresuje. :)
Święta. Przyszły i poszły, tak nagle. Nie odczułam ich atmosfery. Wigilia była dla mnie jak zwykły rodzinny obiadek. Święta Bożego Narodzenia powinny być magiczne, tymczasem były to zwyczajne dni. No, może trochę więcej czasu spędziło się z rodzinką.
Od zawsze cieszyło mnie ubieranie choinki, prezenty, kluski z makiem (w tym roku dowiedziałam się, że ich oficjalna nazwa to kutia. Co za niespodzianka)... Nie chciało mi się ubierać choinki, już miesiąc przed świętami wiedziałam, co dostanę, a kluski z makiem smakowały... zwyczajnie.
Pamiętam jak przez mgłę święta sprzed lat, gdy byłam małą dziewczynką. Prawdziwie rodzinne, szczere życzenia. Wigilia u świętej pamięci Babci. Teraz tak nie ma. Atmosferę świąt poczułam dopiero wtedy, gdy weszłam do pokoju, gdzie kiedyś odbywała się babcina Wigilia. Na dwie minuty. Łza zakręciła mi się w oku. To juz się nigdy nie powtórzy. Brakuje mi tego.